Disneyland Sensacji. Świat kontra singapurskie zakazy

„Nie wolno” to dwa słowa, które bardzo często występują w połączeniu z Singapurem. Jego wizerunek jako miejsca, gdzie obowiązują liczne, nierzadko „dziwne” zakazy, a za ich złamanie czekają surowe kary to chyba najczęściej eksploatowany motyw wśród relacji na temat tego kraju. 

W efekcie często czytamy o Singapurze jako państwie policyjnym, w którym nic nie można, włącznie z pozbyciem się strachu przed wysokimi karami. Lepiej nie przyjeżdżać, omijać go szerokim łukiem, traktując co najwyżej jako wygodny przystanek w drodze do innych krajów Azji Południowo-Wschodniej lub Australii. 

Pewnie czujecie już, co chcę napisać dalej 🙂 Tak, wizerunek ten jest w mojej prywatnej ocenie mocno naciągnięty i wyjątkowo szkodliwy. Oczywiście nie wziął się znikąd, jednak znając jego źródła można spojrzeć na ten temat z zupełnie nowej perspektywy. Jak sądzę – zdecydowanie mniej sensacyjnej, za to bliższej rzeczywistości. 

Przyjrzymy się zatem w jakich okolicznościach powstał i się utrwalił oraz jak mają się sprawy z kilkoma najczęściej przywoływanymi „dziwnymi” zakazami. 

W skrócie: czy urlop w Singapurze można spędzić bez strachu? (TL;DR – można!)

Ojciec cyberpunku kontra Miasto Lwa 

Wiosną 1993 roku redakcja amerykańskiego miesięcznika Wired o tematyce poświęconej wpływom technologii na nasze życie wysłała do Singapuru w charakterze reportera Williama Gibsona. To nazwisko z pewnością jest dobrze znane miłośnikom cyberpunku, gdyż Gibson – autor słynnego „Neuromancera” – uchodzi za ojca tego gatunku. 

Ten poczytny autor science fiction po swoim powrocie opublikował na łamach wspomnianego Wired tekst pod dźwięcznym i mocnym tytułem „Disneyland with the Death Penalty” [1]  (czyli po polsku: Disneyland z karą śmierci*), uchodzący za jego pierwsze poważne osiągnięcie non-fiction. Tekst odbił się w anglojęzycznych mediach nader szerokim echem, tak naprawdę po raz pierwszy zaszczepiając w powszechnej świadomości wizerunek Singapuru jako sztucznego państwa autorytarnego działającego na wzór korporacji, w dodatku o drakońskim systemie kar. Gibson nie omieszkał okrasić go wątkiem o procesach zakończonych wyrokami śmierci na dwóch mężczyznach skazanych za przemyt narkotyków. Toczyły się mniej więcej w tym samym czasie, co jego pobyt w Singapurze, zaś jeden ze skazanych był pierwszym Europejczykiem, który otrzymał ten najwyższy wymiar kary licząc od momentu uzyskania przez Singapur niepodległości.

Singapurski rząd zabronił dystrybucji magazynu na terenie swojego kraju, jednak „gęba” przyprawiona mu przez Gibsona się przyjęła. Swojego czasu tekst Gibsona analizowali nawet na zajęciach studenci National University of Singapore.

A reporterskie mankamenty autora… cóż, nie wygląda na to, aby ktoś z zachodniego świata się nad nimi szczególnie pochylił. A było nad czym, gdyż Gibson swój pobyt w Singapurze spędził w hotelu, zaś jedyny obecny w tekście ślad kontaktu z lokalnymi mieszkańcami sprowadza się do kilku zdań zamienionych z taksówkarzem. Snując swoją singapurską opowieść, uległ powierzchowności, zamknął w etnocentrycznej bańce i… stworzył podwaliny pod narrację w niedługim czasie skwapliwie podjętą przez inne amerykańskie media.

 

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

Tę medialną puszkę Pandory otworzył Michael Peter Fay, amerykański 18-latek, który wiosną 1994 roku został w Singapurze skazany za akty wandalizmu obejmujące kradzież znaków drogowych oraz uszkodzenia samochodów. Dostał 4 miesiące więzienia, 3500 SGD grzywny oraz 6 razów w ramach chłosty. 

Całkowity wymiar kary, jak również uwzględnienie w niej chłosty w oczach wielu mieszkańców Zachodu był zbyt surowy względem przewinienia. W efekcie Singapur ze swoimi „barbarzyńskimi” metodami znów trafił na czołówki amerykańskich gazet, wzniecając z jednej strony oburzenie dziennikarzy „sadyzmem” oraz „torturami na amerykańskim obywatelu”, z drugiej zaś… nieco jednak przemilczany poklask dla konsekwencji i zdecydowania singapurskiego rządu ze strony wielu czytelników.

W sprawie Faya interweniował sam Bill Clinton, jednak bez większego skutku. Ostatecznie chłopak wyszedł po 83 dniach za dobre sprawowanie, a zamiast 6 razów wymierzono mu cztery.

Zainteresowanie mediów oraz opinii publicznej tą sprawą było tak duże, że jego postać do dziś jest kojarzona z singapurskim wymiarem sprawiedliwości i od czasu do czasu pojawiają się sensacyjne teksty w stylu „co się dzieje z Michaelem Fayem”. Ma nawet poświęcony swojej osobie wpis na Wikipedii.

Procesy, w których obywatel danego kraju sądzony jest poza jego granicami, to gorący medialny temat, uruchamiający całą lawinę komentarzy, w których granica między swoim a obcym staje się nie tylko nader wyraźna, ale i daje pretekst do daleko posuniętych ocen.

Jim Hoagl[2], wieloletni korespondent “The Washington Post” i laureat Nagrody Pulitzera, w jednym ze swoich tekstów napisał: 

Zwykle nie doceniamy wpływu kultury ani historii świata na międzynarodowe nieporozumienia. W przypadku singapurskich graffiti warto pamiętać, że to miasto-państwo usytuowane na krańcu Półwyspu Malajskiego jest rządzone przez etnicznych Chińczyków, którzy nie utracili zupełnie pogardy cesarzy Han względem kultur innych niż Han.
Surowy wyrok Fay’a jest po części odruchem chińskiej mniejszości, która widzi się otoczoną wrogą populacją Muzułmanów oraz zależną od kulturowo i intelektualnie pośledniego społeczeństwa zachodniego.
(…)
Chiński społeczny buntownik zachowujący się jak Michael Fay prawdopodobnie nie zostałby w Pekinie wychłostany, ale otrzymałby strzał w głowę, a jego rodzina otrzymałaby rachunek za kulę, która go zabiła (ulubiony gest komunistycznego reżimu). Ale główny wniosek jest w obu przypadkach ten sam: rządzący arogancko upierają się przy tym, że nie muszą przestrzegać nawet minimalnych międzynarodowych (nie amerykańskich) standardów cywilizowanego zachowania.

Warto w tym miejscu podkreślić, że równolegle do sprawy Faya toczyła się – znacznie ciszej – sprawa Andy’ego Shiu Chi Ho, również nastolatka, również oskarżonego o akty wandalizmu. Jednak Andy nie był Amerykaninem, a zamieszkałym w Singapurze Hong-Kongijczykiem. Słowa Hoagla w pewnym sensie się sprawdziły. Chłopak został potraktowany znacznie surowiej i usłyszał 8 miesięcy więzienia oraz 12 razów w ramach chłosty.

Ale… 

Abstrahując od trącącego sinofobią, wyjątkowo ordynarnego esencjalizmu względem przedstawicieli singapurskich władz zawartego w wypowiedzi Hoagla oraz dyskusyjnego pojęcia „międzynarodowych standardów cywilizowanego zachowania” – szkoda, że rzekoma surowość singapurskich kar wypływa na powierzchnię zazwyczaj wtedy, kiedy zagrożone jest życie lub pośladki białego obywatela

I niech to będzie puenta tego akapitu. 

Singapore is a fine city! 

Wiemy już, że korzenie omawianej tu narracji sięgają ponad 25 lat, a rozwinąć się im pomógł soft power amerykańskich mediów. W erze powszechnego dostępu do internetu przekaz ten wzmocniła dodatkowo blogosfera. Zdjęcia tabliczek opisujących czego nie wolno oraz jakie grożą za to kary to jedna z najczęstszych „pamiątek” przywożonych na kartach pamięci z Singapuru 😉 Będąc w Singapurze trudno ich nie zauważyć – wiszą na stacjach MRT, w miejscach użyteczności publicznej oraz uśmiechają się ze stoisk z pamiątkami.

Chyba w myśl zasady “jeśli nie możesz czegoś zmienić, zmień myślenie”, narracja o zakazach, karach i mandatach z czasem stała się produktem marketingowym. Z którego śmieją się sami Singapurczycy (serio, serio!), choć bywa, że to śmiech przez łzy.

Rozmawiając z mieszkańcami kraju, często odnosiłam wrażenie, że podejmując temat rzeczy, których lepiej w tym kraju nie robić, w pewnym sensie uprzedzają niekończące się (i – bądźmy szczerzy – bardzo powtarzalne) pytania: o gumę do żucia, o śmiecenie, o palenie, o duriany… I dzięki temu sami mogą nadać dyskusji ton, unikając w ten sposób moralizatorskich ocen. A czasem po prostu dać przyjacielską radę. Jak Priscilla**, która pomagała nam uporać się z szeregiem formalności i odnaleźć w nowej rzeczywistości tuż po przeprowadzce. Opowiedziała nam, że idąc kiedyś przez miasto, wypadł jej z ręki nieduży śmieć – zauważyła to, ale nie schyliła się, żeby go podnieść. Miała pecha, ponieważ zauważył to również policjant w cywilu. Musiała zapłacić mandat, ale zanim do tego doszło, była zobowiązana do obejrzenia edukacyjnego filmiku na temat konieczności utrzymywania otoczenia w czystości. Straciła przez to sporo czasu, co w tym wszystkim zabolało ją zdecydowanie bardziej niż kara finansowa.

Myślę, że tym, co w temacie najdrobniejszych choćby przewinień, różni podejście singapurskie od – dajmy na to, polskiego – jest nieuchronność kary, to znaczy – jeśli już ktoś zostanie na występku przyłapany. Przyzwyczajeni do puszczania spraw o relatywnie niewielkim kalibrze – jak na przykład akty wandalizmu – płazem, na doniesienia o wysokich mandatach czy chłoście przecieramy oczy ze zdumienia, a niektórzy idą o krok dalej, widząc w tym okazję do nieco zbyt nadmiernego eksploatowania inności.

To co z tymi dziwnymi zakazami?

Są czy ich nie ma? Jak zwykle – to zależy co przyjąć za dziwne, a raczej – niezrozumiałe 🙂 Wybrałam – dość subiektywnie – kilka przykładów, które najczęściej rzucają mi się w oczy kiedy szperam w sieci. Przyjrzyjmy się im bliżej, sprawdźmy ile w nich prawdy oraz spróbujmy zrozumieć skąd się wzięły i czy mamy się czego obawiać?

akt 1: guma do żucia

Na pierwszy ogień – słynny “zakaz żucia gumy”. I od razu obalmy pierwszy mit: w Singapurze nie ma zakazu żucia gumy. Jest zakaz jej importu i sprzedaży. A to dwie różne rzeczy.

Zakaz ten wszedł w życie w roku 1992 jako następstwo aktów wandalizmu popełnianych przez niektórych mieszkańców miasta. Zdarzało się, że zużytą gumę przyklejano na czujnikach drzwi MRT, co powodowało zakłócenia w funkcjonowaniu komunikacji miejskiej. A kiedy podliczono roczne koszty sprzątania “gumowych” śmieci na terenie HDB – okazało się, że wynoszą one 150 000 SGD w skali roku. Za dużo, żeby je zignorować.

Na usta może cisnąć się pytanie: czy nie dało rady rozwiązać tego problemu inaczej? 

Cóż, próbowano. Zakazano szkolnym sklepikom sprzedaży gumy uczniom, zakazano też reklamowania tego produktu. Niestety, bez spodziewanych efektów. Zakaz wprowadzono mimo niechęci znacznej części społeczeństwa.

A od zakazu importu i sprzedaży zrobiono jakiś czas później wyjątek dla gum leczniczych.

akt 2: duriany i transport publiczny

Dla jednych definicja duriana zawiera się w słowach “król owoców”. Dla innych jest to tylko i wyłącznie “król śmierdzieli”. Niezależnie, do której grupy się zaliczasz – wiedz, że duriana nie należy wnosić do pojazdów komunikacji miejskiej w Singapurze. I nie jest to coś, na co należy się obrażać, a raczej coś, za co należy podziękować 🙂

Owoc ten wydziela silny, naprawdę nieprzyjemny zapach i o ile znam sporo osób, które zachwycają się jego smakiem, żadna nawet nie sili się na nazwanie wydzielanego przezeń zapachu aromatem. W najlepszym wypadku słyszę: “mi to nie przeszkadza”.  Żadnego “och, spryskał(a)bym się perfumami o zapachu duriana”.

Zakaz jest po to, aby Ci, którym ten zapach nie przeszkadza, nie zmuszali do zaciągania się nim pozostałych. I na MRT oraz SBS lista miejsc, do których nie należy go wnosić, się nie kończy, dlatego warto zwracać uwagę na nalepki informacyjne.

Co zrobić, jeśli zdarzy nam się kupić duriana? Najlepiej zjeść go na miejscu (jeśli mamy taką opcję), a jeśli nie – pozostaje nam dostarczenie go do domu używając własnych kończyn lub własnego środka transportu. Jeśli zatrzymujecie się w hotelu – najpewniej nie będzie można go tam wnieść, więc sprawdźcie to zawczasu.

Z czasów spędzonych w Singapurze pamiętam co najmniej kilka sytuacji, w których durianowi dywersanci nic sobie z tego zakazu nie robili i – prawdę powiedziawszy – nie widziałam, aby ktokolwiek wyciągnął wobec nich konsekwencje z tego tytułu. Może strażnicy prawa byli zbyt oszołomieni 🙂

akt 3: chodzenie nago po własnym mieszkaniu

Wyobrażacie sobie, żeby we własnym domu nie można było przebywać bez ubrań? Ja też nie. I Singapurczycy też nie. Słowem – to kolejny mit chętnie i bezrefleksyjnie powielany w sieci. 

Skąd się wziął?

Zapewne z opacznego rozumienia przepisów na temat wystawiania swojej nagości na widok publiczny – a to już podlega karze. Jeśli bowiem rozbierzesz się w swoim domu, a następnie wyjdziesz na balkon lub odsłonisz okna i zobaczy Cię ktoś z sąsiadów – ryzykujesz mandat oraz więzienie. Ma to jednak związek nie z tym, że robisz to w domu, a z tym, że zmuszasz osoby postronne do oglądania Twojego rozebranego ciała. Jeśli okna w Twoim domu są zasłonięte, nie masz się czego obawiać. Kropka.

akt 4: przytulanie się i całowanie

NIE JEST prawdą, że w Singapurze przytulanie się, całowanie czy trzymanie za ręce – słowem, publiczne wyrażanie uczuć – jest nielegalne. NIE MA żadnego przepisu, który by tego zabraniał. Nie mam pojęcia jak wpadli na to niektórzy blogerzy (a jest ich niemało i często ich teksty okupują pierwsze miejsca na liście wyników wujka Google), ale jest to zwyczajna ŚCIEMA.

Istnieje przepis penalizujący nieobyczajne zachowania, natomiast nie są one precyzyjnie zdefiniowane, a częsty widok zakochanych par na singapurskich ulicach naprawdę nie pozostawia złudzeń: nikt nie wsadzi Cię do więzienia za całusa, przytulasa czy trzymanie partnera / partnerki za rękę. Przetestowane również osobiście 🙂 (zresztą nieświadomie, gdyż do czasu pisania tego tekstu ewidentnie nie miałam pojęcia o skali andronów na temat singapurskich przepisów krążących po sieci)

akt 5: graffiti, murale, sztuka uliczna

Zasadniczo graffiti popełnione bez otrzymania odpowiedniej zgody podpada pod definicję aktów wandalizmu i podlega karze finansowej, pozbawienia wolności i/lub chłosty. Powiedzieć więc, że w Singapurze obowiązuje zakaz malowania graffiti i nie ma w tym kraju miejsca na sztukę uliczną jest nieprawdą. Jest zgoda – jest graffiti. 

Rozumiem, że nie do końca odpowiada to idei wolności i niezależności twórczej, ale… tak po prostu jest. I może dzięki temu rozwiązaniu singapurski street art (który – znów wbrew niektórym blogerom – jak najbardziej tu istnieje!) ma jednak więcej wspólnego ze sztuką niż bezmyślnymi bazgrołami.

Odkrywanie miasta jego szlakiem może być naprawdę dużą przyjemnością i ciekawą szansą na poznanie singapurskiej historii oraz kultury, o czym pisałam w szczególnie bliskim mi tekście Chinatown śladem murali 🙂

***

Na tych “5 aktach dziwności” chciałabym zakończyć, po cichu licząc, że udało mi się obalić garstkę mitów krążących wokół Singapuru oraz pokazać skąd w ogóle wzięła się narracja na temat “miasta zakazów”.

Dlaczego nie rozwinęłam tu wątku kar za śmiecenie i palenie papierosów? Cóż… miało być o “dziwności”, prawda? 😉 A zakładam, że utrzymanie czystego otoczenia (oraz powietrza) to nie żadne tam farmazony z jawnym / ukrytym potencjałem sensacji, tylko podstawowe potrzeby każdego z nas. 

Wbrew pozorom, odnalezienie się w lokalnych przepisach nie jest mission impossible, bliżej mu do mission rationale. Zdrowy rozsądek i szczypta rozwagi naprawdę wystarczą. Zamiast przeliczać kwoty finansowych kar i hodować grubą skórę na pośladkach, weźcie głęboki oddech i po prostu korzystajcie z czasu w Mieście Lwa!

Last but not least, mała garść lokalnych zakazów oraz ostrzeżeń 🙂 Śmiem twierdzić – bardzo zdroworozsądkowych:

 

I wisienka na torcie – pamiątka nie z „Singapuru, miasta zakazów” ale wspaniałego Tokio, o którym napisano już chyba wszystko ale nie okrzyknięto go jeszcze stolicą, w której nic nie wolno 😉

Źródła i przypisy:


[1] William Gibson, „Disneyland with the Death Penalty”

[2] Jim Hoagl, „Yes, They’d Flog An American” (cytat w tekście – tłumaczenie własne)

* Tłumaczenie własne. Tytuł niniejszego wpisu jest zamierzonym, bezpośrednim odniesieniem do tytułu tekstu Gibsona.

** Imię bohaterki zmienione.

 Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się z innymi!

Zobacz również:

2 myśli na temat “Disneyland Sensacji. Świat kontra singapurskie zakazy

  1. Jeden z moich ulubionych artykulow!Musze przyznac ze poziom tekstow od poczatku byl wysoki, merytorycznie to oczywiste. Jako ex-jezykowiec absolutnie uwielbiam styl pisania, slownictwo i nie spodziewalam sie ze moze byc jeszcze lepiej ale jest. Czytalo sie z dzika przyjemnoscia!Bardzo dziekuje! A w samym temacie kar, surowosc to jedno, ale ich egzekwowalnosc to co innego. Nie wiem czy to poklosie poprzedniego systemu ale u nas czesto jest podejscie ze jak przylapia to jakos sie zagada. A samo respektowanie prawa z urzedu jest traktowane jako cos kwestionowalnego. Szkoda.

    1. Aniu, dziękuję!… Naprawdę! Szalenie mi miło. Twoje słowa to dla mnie olbrzymia motywacja.

      Świetnie podsumowałaś temat egzekwowalności prawa w Polsce, bardzo się z tym zgadzam. I prawdę powiedziawszy, często widzę echa tego podejścia wśród polskich turystów odwiedzających czy to Singapur, czy Japonię. „Nie wolno? A kto MI zabroni?”, „Jakoś się wyłgam” itd. itp…. Za każdym razem ta przepaść w myśleniu o przestrzeganiu prawa smuci mnie tak samo.

Pozostaw odpowiedź Dorota || Co kraj, to obyczaj Anuluj pisanie odpowiedzi

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.