Anatomia życia w Condo

“Mój jest ten kawałek podłogi

Nie mówcie mi więc, co mam robić (…)”

– to fragment słynnego utworu wykonywanego przez Mr. Zooba i przytaczam go nie tylko ze względu na lokalny patriotyzm:)

Przeprowadzka to doświadczenie doskonale znane większości z nas. Przeniesienie się do nowego pokoju czy mieszkania to przecież nie lada wyzwanie we własnym kraju, a co jeśli czeka nas przeprowadzka za granicę?

Świat nie jest wszędzie urządzony tak samo i z tego względu emigracja to prawdziwa szkoła życia. Każdy nowy kraj to nowa rzeczywistość – czy to prawna, czy to ekonomiczna, czy to stricte kulturowa i odnalezienie się w niej wymaga bardzo wiele czasu, przygotowań i wreszcie – działania metodą prób i błędów.

Jeśli chodzi o emigracyjne wyzwania, szukanie mieszkania zaliczam do grona tych większych ze względu na jego dalekosiężne skutki, które można streścić w słowach: „Pokaż mi jak mieszkasz, a powiem Ci kim jesteś”. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć jak wyglądało nasze życie w Singapurze od strony „naszego” kawałka podłogi w condo.

Na początek: czym tak właściwie są condo? 

Nasza przeprowadzka do Miasta Lwa była nie była wynikiem żadnej długofalowej strategii, a dziełem czystego zbiegu okoliczności. W dodatku nie mieliśmy w gronie znajomych nikogo, kto by tam mieszkał, toteż niemal od samego początku byliśmy skazani na praktyczne „eksperymenty” w poznawaniu miasta i jego kultury (również mieszkaniowej).

Dla mnie był to dodatkowo pierwszy raz, kiedy wyjechałam z Polski na dłużej niż kilka tygodni, więc poza oswajaniem zupełnie nowej rzeczywistości musiałam zaprzyjaźnić się z wieloma wyzwaniami doskonale znanymi bardziej doświadczonym ode mnie emigrantom, a dla mnie stanowiącymi wciąż dużą nowość, żeby momentami nie powiedzieć – całkowitą niewiadomą.

Ale do rzeczy.

Pierwszy ważny wybór, przed jakim stanęliśmy będąc już w Singapurze streszczał się do kilku słów: condo czy HDB? Są to dwa główne typy budownictwa mieszkalnego w Singapurze.

  • Condo to skrót od condominium, czyli rodzaju prywatnego budownictwa mieszkalnego, który wybiera większość expatów przybywających do Singapuru.
  • Drugi to HDB (skrót od Housing & Development Board – Singapurczycy uwielbiają wszelakiej maści skróty!), czyli rodzaj publicznego budownictwa mieszkalnego, w którym mieszka zdecydowana większość – bo ponad 80% – Singapurczyków.

Rynek mieszkań w Singapurze nie kończy się na tych dwóch typach, jednak nie będę rozwijać teraz tego wątku, ponieważ chciałabym skupić się na czymś innym, a mianowicie na  tym jak wygląda życie w condo w praktyce oraz spróbować wyjaśnić dlaczego większość expatów ląduje właśnie w ich murach.

A zatem…

Dlaczego (ostatecznie) zamieszkaliśmy w condo?

Główny z powodów określiłabym jednym słowem: dostępność. Zasady wynajmu mieszkań są w Singapurze dość drobiazgowo regulowane i wynająć HDB jest o wiele trudniej, niż mieszkanie w condo.

Ponieważ HDB co do zasady mają zapewniać dach nad głową rodowitym Singapurczykom (spośród których wielu zarabia naprawdę nieduże pieniądze!), istniejące regulacje mają przeciwdziałać przekształcaniu mieszkań publicznych w okazję do łatwego zarobku. 

Właściciel mieszkania HDB, który chciałby je wynająć, musiał najpierw sam w nim mieszkać przez określony czas (zazwyczaj 5 lat), a następnie uzyskać zgodę na wynajem ze strony HDB.

Istnieją również regulacje, które mają zapobiegać tworzeniu się etnicznych enklaw, toteż nawet jeśli znalazło się już interesujące nas mieszkanie, możemy nie być w stanie w nim zamieszkać jeśli osiągnięte są już ustawowe kwoty dotyczące liczby obcokrajowców mieszkających w danym budynku czy okolicy.  Zasada ta nie dotyczy Malezyjczyków, których generalnie uważa się za sąsiadów wystarczająco bliskich kulturowo i historycznie.

Co ciekawe, mieszkania w HDB mogą wynajmować innym wyłącznie obywatele Singapuru. Osoby posiadające status Permanent Resident nie mogą tego robić!

Wszystko to „trochę” komplikuje kwestię najmu mieszkań z sektora publicznego, co nie oznacza jednak, że jest to zupełnie niemożliwe. Wymaga jednak dość pogłębionych poszukiwań i… łutu szczęścia, gdyż kwoty obcokrajowców przypadające na dane sąsiedztwo to coś, nad czym nie mamy absolutnie żadnej kontroli.

Jak szukaliśmy “swojego” condo?

Kiedy przyjechaliśmy do Singapuru, pierwsze tygodnie upłynęły nam w tak zwanym serviced apartment, za wynajem którego płaciła firma zatrudniająca mojego męża. 

Mogliśmy tam zostać maksymalnie 3 miesiące, więc w tym czasie powinniśmy zdecydować gdzie docelowo chcemy mieszkać i jaki budżet jesteśmy skłonni na to przeznaczyć.

Wiedzieliśmy tyle, że:

  • czeka nas samodzielny wynajem (czyli samy podpisujemy wszystkie papiery),
  • chcemy mieszkać sami (a więc odpada wynajem pojedynczego pokoju),
  • i że powinno być to w miarę niedaleko (przyjęliśmy max 30 min) od miejsca pracy mojego męża.

Mieliśmy również w głowie bliżej określony budżet i postanowiliśmy się go trzymać na sztywno.

Polecono nam konkretną agentkę nieruchomości, z którą rozpoczęliśmy poszukiwania. Dostaliśmy listę kilkunastu mieszkań (same condo) i rozpoczęliśmy „zwiedzanie”. Pierwsze wrażenia były, hmm… umiarkowane. Prezentowane nam mieszkania może i miały łatwy dostęp do wszelkich udogodnień (basen, siłownia itp. – rozwinę ten temat kawałek dalej) ale było w nich:

  • koszmarnie głośno nawet przy zamkniętych oknach,
  • stosunkowo ciasno – metraż w porywach sięgał 40 m2 (w azjatyckich metropoliach to niekoniecznie mało ale polskie przyzwyczajenia były w nas naprawdę silne ;)),
  • aneks kuchenny bywał kuchenny wyłącznie z nazwy, gdyż pozwalał na przygotowanie dań nie przewyższających poziomem skomplikowania miski owsianki czy kanapki.

Wyjątków było ledwie kilka. Mądrzejsi o te doświadczenia uściśliliśmy nasze kryteria i szybko nauczyliśmy się, że z decyzjami nie należy zanadto zwlekać: 24h od momentu obejrzenia to może być już za długo i klucze do wymarzonego mieszkania trafią do kogoś innego. Tak było w przypadku mieszkania, które spodobało nam się najbardziej.

Po krótkim okresie rozpaczy nasza agentka zaskoczyła nas mówiąc, że mamy się nie martwić, bo ona sprawdzi czy w tym konkretnym condo nie ma czasem innych mieszkań o podobnej cenie oraz układzie i… były! Czym prędzej udaliśmy się więc na oglądanie, wybraliśmy ulubione i od razu podjęliśmy decyzję na tak, dzięki czemu niedługo później staliśmy się lokatorami condo o wdzięcznej nazwie Spottiswoode Residences.

Condo od podszewki

Tak, condo mają swoje nazwy. Czasem zupełnie zwyczajne, jak np. The Centrepoint albo Dover Parkview, a  czasem dość egzotyczne, jak np. L’viv. Bardzo często nazwy te odnoszą się do najbliższej ulicy, tak było w naszym przypadku. Mieszkaliśmy przy Spottiswoode Rd, a w bezpośrednim sąsiedztwie mieliśmy jeszcze condo o nazwie Spottiswoode 18 i Spottiswoode Suites. 

Wynajem mieszkania w condo co do zasady wiąże się z większymi kosztami niż wynajem mieszkania w HDB. Za tymi kosztami idą jednak pewne udogodnienia, które mogą osłodzić życie w ich murach. Najbardziej standardowe to basen i siłownia, zaś jeśli chodzi o inne rozwiązania – pole do popisu jest całkiem szerokie: jacuzzi, stoły do ping-ponga, korty do tenisa i squasha, siłownia na świeżym powietrzu, stoły do grillowania, ogrody, zakątki do uprawiania jogi, tarasy widokowe, jeszcze więcej basenów (np. infinity pool albo baseny do nurkowania) i… lista na pewno nie jest wyczerpana.

Jeszcze w trakcie szukania i oglądania mieszkań dowiedzieliśmy się, że condo dzielą się na małe, średnie i duże. Nasze było średnie 🙂 351 mieszkań w trzech wieżach, każda licząca 36 pięter. Próbuję sobie przypomnieć, czy odwiedziliśmy jakieś mniejsze, ale chyba nie.

Zaś jeśli chodzi o większe… było ich całkiem sporo i są wśród nich też takie, które śmiało można by określić mianem miasta w mieście. Wiem, że w niektórych z nich funkcjonują nawet specjalne grupy na WhatsAppie (czyli najpowszechniej używanym komunikatorze w Singapurze), w których mieszkańcy mogą np. szybko sprzedać albo kupić potrzebne im rzeczy. Po co zamawiać meble z Ikei (tak! dotarła i do Singapuru), skoro można przejąć je od sąsiada, który właśnie się wyprowadza?

Rotacja wśród mieszkańców condo jest zresztą dość duża, widok półciężarówek oferujących usługi przeprowadzkowe był u nas na porządku dziennym.

Tak było!

Wspomniałam wcześniej, że przyjęliśmy określony budżet i postanowiliśmy go nie przekraczać ani o 100$ (mimo zakusów ze strony agentek), co na szczęście się nam udało. Mieliśmy do dyspozycji niecałe 60 m2, lecz żeby nie było zbyt wygodnie – metraż ten zawierał w sobie całkiem godnych rozmiarów taras oraz… schron przeciwbombowy, który od roku 1997 jest obowiązkowym elementem każdego singapurskiego mieszkania, przy czym czasem zamiast w mieszkaniu zlokalizowany jest on na klatce schodowej.

Nasz miał może 1.6 x 1.8 m2 i służył nam za garderobę, jednak mała powierzchnia schronów bywa polem do ogromnych nadużyć. Otóż dość powszechną praktyką wśród zamożniejszych rodzin w Singapurze jest  zatrudnianie całodobowej pomocy domowej (maid), przy czym tajemnicą poliszynela jest, że chcąc „zaoszczędzić” na zapewnieniu pracownicy oddzielnego pokoju, niektórzy zmuszają kobiety do tego, aby spały właśnie w tych schronach. Nadmienię, że schrony nie posiadają okien.

My mieszkaliśmy tylko we dwoje, a układ naszego mieszkania wyglądał następująco:

  • z klatki schodowej wchodziło się bezpośrednio do salonu, który zawierał aneks kuchenny i wejście na taras,
  • z salonu przechodziło się do sypialni, a przy niej znajdowała się łazienka z toaletą.

Słowem: mieszkanie miało 2 pokoje w układzie przechodnim. Za to kuchnia, poza standardowymi dwoma palnikami, posiadała piekarnik – luksus pełną parą! Dodam jeszcze, że na standardowym wyposażeniu była całkiem spora lodówka, pralka oraz suszarka bębnowa (co dla odmiany nie jest standardem w Japonii), a w ramach nie-standardowych elementów trafiło nam się nawet kilka podstawowych mebli, dzięki czemu nie wykosztowaliśmy się zanadto na doposażenie naszego singapurskiego gniazdka.

A udogodnienia dostępne wokół nas wyglądały tak:

Samo condo zostało wybudowane może 2-3 lata przed naszą przeprowadzką, więc cały budynek był w naprawdę świetnym stanie, co oznaczało też, że klimatyzatory (element naprawdę ważny dla przetrwania) były dość nowe. A to z kolei oznacza, że były też względnie ciche.

Jeśli miałabym wymienić jedną rzecz, przed którą trudno było nam uciec w Singapurze, to byłby to hałas. Kraj dysponuje ograniczoną przestrzenią, na ulicach panuje spory ruch, w dodatku ciągle coś się gdzieś buduje. A to nowe osiedle, a to nowa nitka metra… Zaliczamy się do osób mocno wrażliwych na hałas i w większości oglądanych przez nas mieszkań nie byliśmy w stanie wytrzymać przy otwartych oknach. A agentki patrzyły się na nas z szeroko otwartymi oczami, kiedy prosiliśmy o pozamykanie okien, włączenie klimatyzatorów i chwilowe zaprzestanie rozmów. Niektóre z klimatyzatorów działały jak odrzutowce, więc testowanie sprzętu chłodzącego mieszkanie weszło do repertuaru naszych standardowych czynności podczas oglądania. I wyszło nam to na dobre.

Wprowadzając się do Spottiswoode Residences hałas tak zupełnie nas nie ominął. Z naszego boskiego tarasu mieliśmy cudny widok na budowę szpitala. Jednak okna działały przyzwoicie blokując większość niechcianych dźwięków, zaś ekipa budowlana kończyła prace wieczorem i miała wolne w niedziele, więc nie było większych problemów z odpoczynkiem.

Dużo mniej szczęścia mieli nasi znajomi, którzy wprowadzili się do pachnącego jeszcze nowością condo w Tanjong Pagar. Tuż przy nim trwała budowa metra i ekipa uwijała się w zasadzie 24 h na dobę, czego nie byli świadomi przed wprowadzeniem się. Po kilku tygodniach nieprzespanych nocy, ogólnej nerwówki i odbijania się od kolejnych osób i instytucji wiem, że sytuacja uległa poprawie, ale co przeszli to ich.

Condo to styl życia

Jednym z argumentów, który często pada przy uzasadnianiu rzekomej wyższości condo nad HDB jest to, że w condo łatwiej o towarzystwo innych expatów. Tak po prawdzie to nie wiem do końca, jaki byłby sens w dzieleniu potencjalnego towarzystwa na expatów i nie-expatów, ale jeśli dla kogoś ma to znaczenie, to rzeczywiście w condo o towarzystwo innych expatów będzie zdecydowanie łatwiej.

Przynajmniej w teorii.

Przez rok mieszkania w Spottiswoode Residences z imienia i nazwiska nie poznaliśmy nikogo poza cudnej urody mopsem, który ma na imię Pugworth i przymilał się do mnie w windzie. Jego właściciel poinformował nas, że Pugworth posiada własny kanał na Instagramie, jeśli więc macie ochotę śledzić jego singapurski psi żywot – bardzo proszę, tędy!

Myślę, że o poznanie innych osób w condo jest łatwiej, jeśli posiada się dzieci i mieszka w większym condo niż nasze. 

Sąsiadów z naszego piętra widzieliśmy może kilka razy i może raz czy dwa zdarzyło nam się jechać razem windą (nie będąc świadomymi, że to sąsiedzi). Wiemy jednak, że jedna z sąsiadek namiętnie kolekcjonowała buty. Przed jej drzwiami stał całkiem spory regał szczelnie wypełniony szpilkami, baletkami i innymi sandałami. Nawiasem mówiąc – w Singapurze buty ściąga się i zostawia przed wejściem do domu. A skoro już jesteśmy przy temacie obuwniczej kolekcji – jak to możliwe, że buty sąsiadki tak sobie tam stały, zupełnie niczym (i nikim) nie niepokojone?

Otóż condo otoczone są murem, a na wjeździe posiadają szlabany i budkę z ochroną, więc osoba z zewnątrz nie może tak po prostu wejść na teren osiedla. Razem z kluczami do mieszkania dostaliśmy karty, dzięki którym mogliśmy wchodzić specjalnymi wejściami tylko dla mieszkańców. Kiedy odwiedzaliśmy znajomych w innych condo, zazwyczaj musieliśmy wpisywać się do specjalnej „księgi gości” u ochrony. Tych samych kart używaliśmy aby wejść do budynku i wjechać na swoje (w naszym przypadku: szóste) piętro oraz na piętra z basenem, jacuzzi i innymi udogodnieniami. Nie można natomiast używać tych kart aby wjechać na inne piętra tego samego condo. 

 

Zresztą, wjechać na parking przed condo bez meldunku u ochrony także się nie da, dotyczy to również taksówek i kierowców Graba (lokalny odpowiednik Ubera). My własnego samochodu w Singapurze nie posiadaliśmy i nie potrzebowaliśmy, mieliśmy za to rower. A rower na to, żeby dostać swoje „mieszkanko”, czyli miejsce na rowerowym parkingu, musiał poczekać dobrych kilka tygodni po naszym wprowadzeniu się, gdyż… parking rowerowy dopiero powstawał! Jeśli o samochodach można stworzyć osobny wpis, to o rowerach w Singapurze również. W skrócie: nie jest to miasto przyjazne cyklistom 😉

Komunikacja z mieszkańcami (naszego) condo odbywała się drogą bardzo niebezpośrednią: poprzez ogłoszenia zostawiane w skrzynkach pocztowych oraz wywieszone na stojakach na dole przy windach. Pamiętam, że dość długo wisiało ogłoszenie przestrzegające przed wynajmem pokoi w ramach Airbnb, ale większe hece zdarzały się raczej rzadko. Swoją drogą, chyba każde condo ma spisaną swoją wewnętrzną „condo-etykietę”, która jasno określa czego nie wolno robić. Na przykład suszyć prania na balkonach, choć nie wiem czy dotyczy to wszystkich condo czy nie.

Życie w condo jest bardzo wygodne i niemal nieskazitelnie czyste. Pucowanie podłóg, chodników, windy, czyszczenie basenu czy podlewanie i pielęgnacja roślin są na porządku dziennym.

Prace te – niezbędne w zapewnieniu wysokiego komfortu życia mieszkańcom – są nisko opłacane. I jak już możecie się domyślić, nie parają się nimi expaci. Wykonują je ludzie, dla których mieszkanie w condo jest totalnie poza zasięgiem. I dla mnie jest to poważna rysa na tym komforcie.

Chyba nigdy nie przestałam czuć się nieswojo, słysząc za sobą „good morning, ma’am” wypowiadane z ust myjącego podłogę Chińczyka, który mógłby być moim dziadkiem, czy przez mojego hinduskiego (na oko) równolatka wyławiającego akurat liście z basenu. Co do zasady źle się czuję w relacjach niesymetrycznych, a już w szczególności takich, gdzie asymetria wynika wyłącznie ze stanu posiadania. Brr.

Post Scriptum

Życie w condo nieustannie kojarzy mi się z życiem w bańce. Jest też ciekawym przykładem na to, jak rynek nieruchomości może „regulować” interakcje międzyludzkie, zamykając określoną grupę ludzi w gronie osób sobie podobnych, a izolując niemal zupełnie od reszty – w tym przypadku lokalnych mieszkańców.

Wybór między HDB a condo to (poza względami ekonomicznymi) tak naprawdę wybór pomiędzy dwoma stylami życia. Z jednej strony swój czas spędzony w murach Spottiswoode Residences wspominam z ogromnym sentymentem, z drugiej jednak – czuję, że wiele codziennych doświadczeń nie było mi przez ten wybór dostępnych. Po cichu liczę, że jeszcze kiedyś będę mogła sobie ten temat zweryfikować 🙂

***

Czy ktoś z Was ma podobne (lub zupełnie inne) doświadczenia związane z mieszkaniem w condo? A może chcielibyście zapytać o coś, o czym nie napisałam? Dajcie znać w komentarzach!

 

I już zupełnie na zakończenie:

Garść condo-ciekawostek

  • Pierwsze condo w Singapurze oddano do użytku w 1974 roku. Nazywało się Beverly Mai ale od 2011 roku jest już tylko wspomnieniem.
  • Za największe condo w Singapurze uchodzi obecnie d’Leedon, które liczy 1715 mieszkań, ale za kilka lat ma je zdetronizować Treasure at Tampines składające się z ponad 2200 mieszkań.
  • James Dyson, brytyjski projektant, przedsiębiorca i gorący zwolennik Brexitu zdecydował o… przeniesieniu siedziby swojej firmy z rodzinnej Wielkiej Brytanii właśnie do Singapuru. Przy okazji zakupił tam sobie nowe gniazdko – penthhouse o powierzchni  1960 m2, zajmujący trzy piętra condo o nazwie Wallich Residence. Zapłacił za nie 73.8 miliona (!) singapurskich dolarów, zapisując się tym samym w historii jako nabywca najdroższego mieszkania w Mieście Lwa.

Źródła i dodatkowe lektury:

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się z innymi! 

Zobacz również:

6 myśli na temat “Anatomia życia w Condo

  1. Wpis jak zawsze wspanialy, ale przyznam ze podnosze sie teraz z glebokiej depresji bo to wyglada po prostu niesamowicie!!Baseny, roslinnosc. Rozumiem, ze tez sa minusy ale ja bym bardzo chetnie w takiej bance pomieszkala!!

    1. Jako jednorazowe doświadczenie było to dla mnie na pewno ciekawe i nie ukrywam, że arcywygodne. Ale na dłuższą metę – nie wiem czy wytrzymałabym w tak anonimowym i w sumie hermetycznym środowisku. Poza tym pułap cenowy condo oznacza naprawdę sporą presję jeśli chodzi o utrzymanie pracy i zarobki, to w sumie duży minus, który teraz przyszedł mi do głowy. Tak czy siak, jestem wdzięczna, że mogłam tak pomieszkać i totalnie rozumiem jak bardzo jest to kuszące. Pod względem warunków mieszkaniowych przeprowadzka do Tokio była naprawdę twardym lądowaniem 😉

      1. Widzisz, ja jestem zmeczona mieszkaniem w pozku, natlokiem ludzi ( choc domyslam sie ze to pikus w porownananiu z naprawde duzymi miastami), smogiem itp i taki hermetyczny spokoj na jakis czas by mi sie przydal 🙂

        1. Oj tak, Poznań wydaje mi się teraz taki… pusty! Ale smog to co innego… Dla mnie większość bajki związanej z życiem w Singapurze to był sam klimat: ciepło, dużo słońca, podobny rytm dobowy przez cały rok, mnóstwo, mnóstwo zieleni. Zdecydowanie zaliczam się do ludzi, dla których klimat ma znaczenie dla dobrego funkcjonowania.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.