Jesienna Okutama: momiji nieopodal Tokio

W listopadzie miałam okazję po raz pierwszy odwiedzić Okutamę. Jest to niewielkie miasteczko otulone łańcuchem gór o tej samej nazwie, zlokalizowane w zachodniej części metropolii Tokio. Wygodne połączenie kolejowe – zaledwie 1.5 h jazdy z Shinjuku – czyni z niego fantastyczne miejsce na szybką ucieczkę od miejskiego zgiełku. 

Okutama znajduje się na terenie parku narodowego Chichibu-Tama-Kei, więc z powodzeniem można tam „przepaść” na dłużej, jednak w naszym przypadku był to wyjazd jednodniowy. Wybraliśmy się na niego spontanicznie, zdając się zupełnie na mojego Team Managera, który po wcześniejszej wizycie w tym miejscu uznał, że świetnie nada się na wycieczkę dla całego zespołu. I miał rację 🙂

Niniejszy wpis potraktujcie jako połączenie fotorelacji i praktycznego poradnika na przebycie szlaku Okutama Mukashi-michi, czyli historycznej trasy wiodącej z okolic stacji kolejowej Okutama do jeziora Okutama-ko. Świetnie nada się nawet dla początkujących piechurów, którzy potrzebują ruchu po przedłużającym się okresie siedzenia w czterech ścianach. 

Szlak Okutama Mukashi-michi 

Czego można się po nim spodziewać?

  • Ciszy i obecności niewielkiej liczby osób, co jest w Tokio towarem raczej deficytowym
  • Pięknych, momentami naprawdę majestatycznych widoków (ochy i achy dla japońskich gór jesienią!)
  • Czystego, rześkiego powietrza
  • Możliwych spotkań ze zwierzętami zamieszkującymi okolicę
  • Kamiennego snu po powrocie do domu 🙂

A zatem… komu w drogę, temu na stację Shinjuku!

Okutama – jak dojechać?

Dzień rozpoczęliśmy wcześnie i już po 7 rano wyszliśmy z domu, żeby zdążyć na odpowiedni pociąg. „Odpowiedni pociąg” ma znaczenie kluczowe dla całego przedsięwzięcia, ponieważ do Okutamy można dojechać z Shinjuku w dwie godziny z przesiadkami, a można w półtorej i bezpośrednio. Najszybsze połączenie obsługuje pociąg Holiday Rapid Okutama linii JR East (odjeżdża z peronu 7 na stacji Shinjuku) i to do niego wsiedliśmy.

Ważna uwaga nr 1: Holiday Rapid Okutama jeździ tylko w weekendy oraz święta i – w przeciwieństwie do kursujących co kilka minut pociągów w samym Tokio – wyrusza w kierunku Okutamy tylko 3 razy dziennie, wszystkie kursy odbywają się wcześnie rano, mniej więcej między 6:30 a 8:20. Konkretną godzinę odjazdu sprawdźcie zawczasu, na przykład za pośrednictwem Hyperdia.

Ważna uwaga nr 2: wspomniany pociąg jedzie do dwóch różnych stacji. Jedną z nich jest Okutama, drugą Akigawa. Skład zostaje rozdzielony na stacji Hajima (kawałeczek za Tachikawą), więc jeśli się zagapicie, pojedziecie gdzieś indziej 🙂 Na peronie w Shinjuku zawieszone są karteczki informujące o tym, który wagon zmierza do której stacji (słowem: trzeba spojrzeć do góry i zorientować się w napisach w języku japońskim). Po wejściu do danego wagonu nazwa stacji docelowej wyświetla się również na monitorach nad drzwiami, zaś przed stacją Hajima z głośników usłyszycie komunikat o rozdzieleniu składu pociągu. Przy zachowaniu odrobiny uwagi nie powinno być problemu i po 1.5 godzinie wysiądziecie w Okutamie.

Pierwsze kroki w Okutamie

Po wyjściu ze stacji warto skierować się w lewo i zajrzeć do centrum informacji turystycznej, które znajduje się tuż przy budynku dworca. Tam otrzymacie odpowiedzi na frapujące Was pytania i zaopatrzycie się w mapki (są dostępne w różnych językach, m.in. po angielsku).

Szlak, o którym tu piszę nazywa się Okutama Mukashi-michi (Okutama Historical Road) i liczy 10 kilometrów. Większość trasy biegnie po płaskim terenie, czasem pojawiają się łagodne wzniesienia lub schody. Jedynie ostatni fragment (powiedzmy ostatnia 1/3 szlaku) to podejście pod górę, umiarkowanie wymagające.

Sugerowany czas przejścia wynosi 4 godziny i myślę, że w tę kalkulację wliczono mocno spacerowe tempo oraz liczne przerwy na zdjęcia lub odpoczynek. Tak po prawdzie, nasza 9-osobowa gromada potrzebowała na przejście trochę więcej niż te 4 godziny ale jak to się mówi, szczęśliwi czasu nie liczą 😉

W dalszej części pokażę Wam swoje ulubione zdjęcia z trasy, zatrzymam się przy kilku miejscach, jakie szczególnie zapadły mi w pamięć i podzielę się garścią praktycznych wskazówek, które mogą być pomocne w organizacji wyjazdu.

Wrażenia ze szlaku 

Szlak Okutama Mukashi-michi wiedzie nad brzeg jeziora Okutama, które nie jest jednak wytworem natury, a dziełem ludzkich rąk, jakie w 1957 roku ukończyły tu, na rzece Tama, budowę zapory Ogouchi. Dlaczego wspominam o tym już teraz? Otóż na samym początku trasy łatwo dostrzec wysokie wiadukty kolejowe, a ledwie kilkadziesiąt kroków obok szlaku znajduje się pierwszy z (podobno) ponad dwudziestu tuneli, którymi wiodła trasa linii kolejowej wykorzystywanej w czasie budowy zapory. Od lat jest ona nieużywana i tory zwyczajnie zarosły, niemniej można się im przyjrzeć z bliska.

Tunel, do którego weszliśmy nie był w żaden sposób zabezpieczony, nie widziałam też znaków ostrzegawczych, jakie zazwyczaj umieszczane są przy opuszczonych miejscach. Zakładam więc, że nie popełniliśmy czynu zabronionego, choć poza naszą grupą nikt nie kwapił się do zejścia w tę ciemną otchłań 😉 Nie potrafię powiedzieć jak daleko można dojść poruszając się wzdłuż torów, ponieważ po zaspokojeniu pierwszej ciekawości  wróciliśmy na główny szlak, ale miłośnikom urban exploring powinno się tu spodobać, oczywiście przy zachowaniu wszelkich zasad ostrożności i zaopatrzeniu się w latarki z zapasem baterii.

 

Trasa Mukashi-michi usiana jest licznymi miejscami kultu, wśród których największy to szintoistyczny chram Shirahige. Prowadzą do niego strome schody, a sama świątynia stoi przytulona do okazałej wapiennej ściany, będącej pomnikiem przyrody. Przyglądając się z bliska mierzącej 30 m wysokości ścianie można podobno (geolog ze mnie żaden) dostrzec jak przebiegała jej formacja geologiczna.

Wejścia do chramu strzeże – jak sądzę – jeden z wariantów komainu, czyli stworów przypominających lwy / psy. Ich zadaniem jest odstraszanie złych mocy. Znajdująca się pod łapą kula / klejnot symbolizuje energię witalną. Komainu występują w parach, zazwyczaj jeden ma otwarty pysk, a drugi – zamknięty. Na szczycie schodów wiodących do chramu też wykuto dwa.


Drzewo z dwóch ostatnich zdjęć powyżej to klon japoński, który jest tak wyjątkowy i popularny wśród piechurów przemierzających szlak, że zasłużył nawet na osobną wzmiankę na mapie. Znajdziecie go pod nazwą iroha-kaede. Trudno go przeoczyć, ponieważ znajduje się tuż przy drodze i prezentuje się wyjątkowo okazale. W dniu naszej wizyty miał liście w chyba wszystkich możliwych kolorach naraz (zielone, złote i czerwone), a delikatne podmuchy wiatru co jakiś czas strącały pojedyncze z nich, które tańcząc na wietrze pozowały do zdjęć pewnemu starszemu Japończykowi, cierpliwie ustawionemu ze statywem i sprzętem fotograficznym mogącym stanowić przedmiot Bardzo Dużej Zazdrości. Taki widok to klasyk w trakcie kwitnienia wiśni i jesiennego koyo 😉

Pan Klon swoją urodą zaskakiwał także przejeżdżających obok motocyklistów i kierowców samochodów, którzy gwałtownie hamowali wyłącznie po to, aby zrobić mu zdjęcie, choćby przez szybę.

Nie ukrywam, że jednym z moich głównych celów wycieczki (poza spędzeniem czasu z moim boskim Teamem <3) było uchwycenie japońskiej jesieni na zdjęciach i uważam, że opisywany tu szlak wybornie się sprawdził. Malowniczych widoków w Okutamie nie brakuje, szlak nie jest tłumnie odwiedzany, ma również przyjazną długość, więc nie trzeba się spieszyć. Idealne warunki do hikingu z aparatem.


Idąc wzdłuż szlaku, od czasu do czasu będziecie mijać domy lokalnych mieszkańców, część z nich jest opuszczona i opustoszała, ale oczywiście nie wszystkie. Ponieważ odwiedziliśmy Okutamę w szczycie sezonu na yuzu, natrafiliśmy na kilka samoobsługowych stoisk, gdzie można było zaopatrzyć się w owoce (patrz: zdjęcie po lewej). Przytuliliśmy jedną paczuszkę za symboliczne 100 jenów.

Bardzo polecam yuzu, mają wszechstronne zastosowanie: można z nich wykonać pyszny, rozgrzewający napar (zalewam obrane owoce gorącą wodą, dodając również imbir i nieco miodu), usmażyć konfiturę, wykorzystać do kosmetyków domowej produkcji albo dodać owoce do kąpieli.

Na zdjęciu po prawej widać z kolei inny widok typowy dla późnej japońskiej jesieni oraz zimy, czyli suszące się w słońcu kaki (persymony). Niestety, nie na sprzedaż.

 


Przerwa na kawę pod złotymi liśćmi? Czemu nie! Motocykl elegancko zaparkowany, żeby nikomu nie zawadzał, mini-kuchenka wypakowana z sakw, można piknikować. Pod względem infrastruktury na szlakach, Japonia naprawdę ma się czym pochwalić. Przeszliśmy lub przejechaliśmy rowerem / samochodem setki kilometrów, odwiedzając zarówno miejsca powszechnie znane, jak i te mocno lokalne, gdzie często poza nami nie było nikogo lub prawie nikogo – wszędzie można było liczyć na toaletę, wyznaczone miejsce na odpoczynek oraz informację czy woda nadaje się do picia. A im więcej górskich dróg, tym więcej mijanych po drodze motocyklistów.

 

Jednym z moich ulubionych miejsc na szlaku okazały się wiszące mosty. Są dwa, pierwszy nazywa się shidakura-bashi, a drugi – dodokoro-bashi. Na każdym z nich naraz mogą przebywać maksymalnie dwie osoby (starsze znaki mówią o trzech, nowsze o dwóch). Widoki z obu są bajeczne, a przejście po chwiejącej się przy każdym kroku konstrukcji to atrakcja sama w sobie. 

Tutaj straciliśmy dość sporo czasu, ponieważ nasza grupa liczyła 9 osób i kiedy w końcu przeszedł ostatni duet, musieliśmy poczekać z powrotem (mosty nie są obowiązkowym punktem do przejścia szlaku) kolejnych kilka(naście) minut, gdyż za nami przeprawiała się następna, nie mniej liczna grupa piechurów. Oczywiście zgodnie z oznaczeniami, czyli po 2 osoby za jednym razem. W Japonii zasady są od tego, żeby je przestrzegać, również kiedy ma w pobliżu nikogo, kto mógłby je egzekwować, co zawsze wzbudza we mnie cichy podziw.

Po drodze nie natknęliśmy się na żadne większe zwierzęta, z jednym wyjątkiem. W okolicach opuszczonego i dość mocno… hmm… zdekonstruowanego domu biwakowała grupa makaków japońskich. Jeden z osobników postanowił z bliska pokazać nam swój stan uzębienia, więc po rzuceniu okiem na jego wyszczerzone kły względnym cichaczem potruchtaliśmy dalej 😉 


Wspinaczka pod górę na ostatnim fragmencie trasy wynagrodziła nas widokiem na zaporę Ogouchi. Kilkaset metrów stąd szlak się kończy i można odpocząć nad brzegiem jeziora oraz zajrzeć do muzeum (zamknięte w środy!). Ekspozycja dotyczy Okutamy, budowy wspomnianej zapory oraz roli wody w naszym życiu. Przyznaję, że obejrzałam jedynie fragment, nie kojarzę opisów w języku angielskim, więc bez znajomości japońskiego może być ciężko wynieść stąd głębszą wiedzę.

Budowa zapory trwała 19 lat. Rozpoczęta w 1938 roku, została przerwana przez wojnę i dokończono ją dopiero w 1957 roku. Na stronie tokijskiego Biura Wodociągów śmierć 87 osób w trakcie budowy zapory eufemistycznie nazywa się „najwyższym poświęceniem”. Aby zaś w ogóle mogła ona powstać, przesiedlono mieszkańców 945 domów. Jej budowa była bezpośrednio związana z rosnącą populacją Tokio, a co za tym idzie – rosnącym zapotrzebowaniem na wodę wśród mieszkańców stolicy.

Swojego czasu licząca 149 metrów wysokości zapora Ogouchi nosiła miano najwyższej na świecie. Obecnie palmę pierwszeństwa w tym względzie dzierży zapora Jinping-I położona w Chinach, mierząca 305 m. Niemniej, woda z jeziora Okutama do dziś stanowi jedno z najważniejszych źródeł zaopatrzenia w wodę mieszkańców Tokio. W roku 1964 uzależnienie od jego zasobów było tak silne, że  w połączeniu z wyjątkowo niskimi opadami deszczu konieczne stało się wprowadzenie ograniczeń w dostępie do wody. Na kilka miesięcy przed Igrzyskami Olimpijskimi wielu Tokijczyków musiało ustawiać się w kolejce do beczkowozów pilnowanych przez Siły Samoobrony. Restrykcje zniesiono dopiero przed samą Olimpiadą.


Dodam jeszcze, że na piętrze budynku Muzeum znajduje się sklep z omiyage, gdzie można zaopatrzyć się w różnorakie pamiątki, szczególnie produkty z wasabi, będące lokalnym przysmakiem i specjalnością. W budynku zlokalizowana jest także stołówka, jeśli ktoś stęsknił się za posiłkiem na ciepło – tutaj można takowy spałaszować, polecam zestaw z tempurą!

Na tym zakończyliśmy naszą wycieczkę. Po późnym obiedzie wsiedliśmy w autobus i złapaliśmy pociąg powrotny – również Holiday Rapid Okutama, dzięki czemu w domu znaleźliśmy się jakieś 30-40 min szybciej, niż jadąc zwykłymi pociągami.

 

O czym pamiętać i jak się przygotować? 

Jedzenie i picie – koniecznie zabierzcie ze sobą lunch, przekąski i napoje na drogę. Na samym szlaku nie ma gdzie się zaopatrzyć, zakupy lepiej zrobić jeszcze przed wejściem do pociągu, ewentualnie w konbini w Okutamie. Chciałabym jednak zaznaczyć, że w okolicach 10:30 półki z kanapkami, onigiri i bento były tam już mocno przebrane. Dopiero na końcu trasy, w budynku muzeum nad jeziorem Okutama, znajduje się stołówka, gdzie można kupić i zjeść ciepły posiłek (curry, udon, teishoku z tempurą itp.).

Toalety – w przeciwieństwie do punktów z napojami czy jedzeniem, tych na szlaku nie brakuje 🙂 Wszystkie są bezpłatne. Nie licząc przybytku obok stacji, już na samej trasie znajduje się ich aż pięć, w dość równych odstępach, mniej więcej co 2 km. Można maszerować bez nerwów o stan pęcherza.

Buty – ja zawsze preferuję trekkingowe, koniecznie za kostkę i takie też będę Wam polecać. Część szlaku wiedzie asfaltową drogą, a część przez las, gdzie po prostu zawsze trzeba uważać. A to korzeń ukryty pod liśćmi, a to kamyczek, który postanowi zapewnić Wam dodatkowy poślizg… standard, ale mam świadomość, że po miesiącach spędzonych w czystym i równym Tokio można się odzwyczaić, dlatego w ogóle o tym wspominam 😉

Śmieci – koszy na śmieci na trasie brak. Wrzućcie do plecaka woreczek na swoje odpadki i pamiętajcie, aby zabrać je ze sobą.

Drobne – toalety wprawdzie są bezpłatne, ale jesienią na szlaku można zaopatrzyć się w owoce yuzu, które zbierają okoliczni mieszkańcy (będziecie mijać ich domy). Yuzu są starannie popakowane w woreczki i ustawione na stolikach, przy których próżno szukać sprzedawcy. Należność (zazwyczaj 100 jenów) wrzuca się do skrzynki lub pudełka i po prostu bierze owocowy łup ze sobą.

Naładowana Suica / Pasmo – wspomniana trasa liczy 10 km ale w jedną stronę, jeśli więc nie chcecie wracać pieszo, możecie skorzystać z autobusu, jaki odjeżdża spod Muzeum do budynku stacji. W autobusie można płacić kartą Suica lub Pasmo, polecam tę metodę znacznie bardziej niż wydłubywanie i odliczanie monet na wyjściu.

Towarzystwo – okoliczne góry i lasy są domem licznych zwierząt, między innymi makaków (spotkałam osobiście, nie wyglądał na zachwyconego naszą obecnością). Jako, że to my jesteśmy u nich gośćmi, pamiętajmy aby zanadto nie hałasować, prowokować, ani tym bardziej nie próbować dokarmiać naszych zwierzęcych przyjaciół. Wiadomka 😉

Orientacja w terenie – zachowajcie czujność i spoglądajcie od czasu do czasu na mapę oraz drogowskazy. Szlak w wielu miejscach się rozwidla i łączy z innymi.

I nie zapomnijcie spakować aparatu! Miejsc na piękne zdjęcia jest na trasie aż nadto 🙂 Nie bez powodu Okutama wymieniana jest jako jedno z najbardziej popularnych miejsc na koyo vel momiji.

***

Jeśli mieliście okazję odwiedzić już Okutamę, chętnie poczytam o Waszych wrażeniach. A może dopiero macie to w planach? Dajcie znać!

Źródła i dodatkowe materiały 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się z innymi!

Zobacz również:

Jedna myśl na temat “Jesienna Okutama: momiji nieopodal Tokio

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.