Wędrówki po Suginami: wieczór w Nishi-Eifukuchō

Po przeprowadzce do Tokio przyszło nam mieszkać w zachodniej jego części, a konkretnie w ku o nazwie Suginami. To jeden z 23 tak zwanych okręgów specjalnych, które składają się na centralną część stolicy Japonii. Czasem kiedy staram się wytłumaczyć jak żyje się w Tokio, opowiadam, że ku to takie miasta w mieście.

W Suginami mieszka ponad 560 000 osób (czyli trochę więcej niż w Poznaniu) na powierzchni ok. 34 km2, a więc porównywalnej z Mielnem. Gęstość zabudowy i zaludnienia pozostawiam Waszej wyobraźni, dodam jedynie, że 10 spośród pozostałych ku ma tę gęstość zaludnienia jeszcze wyższą.

Ostatnio doszłam do wniosku, że widziałam mnóstwo miejsc poza naszym ku, ale relatywnie niewiele w jego obrębie i wpadłam na pomysł, żeby zacząć zwiedzać okoliczne sąsiedztwa. O wielu z nich Wikipedia konsekwentnie milczy, przewodniki także, ale to przecież nie znaczy, że one nie istnieją i że nie warto tam zaglądać! Co więcej, to może być świetny pretekst do tego, żeby przyjrzeć się jak wygląda zwyczajna codzienność z dala od największych atrakcji Tokio, gdyż tak się składa, że chyba żadna z nich nie leży w Suginami 🙂

Nasza stacja nazywa się Fujimigaoka i obsługuje ją tylko jedna linia kolejowa o nazwie Keio Inokashira. W poniedziałek przy śniadaniu rzuciłam mężowi temat pod tytułem: a może zaczniemy spędzać wieczory na spacerach po okolicy? Moglibyśmy spotykać się na wybranej stacji, spacerować w jej sąsiedztwie i pieszo wracać do domu.

– W Nishi-Eifukuchō jest cukiernia, która na mnie patrzy… – nieśmiało napomknął mój mąż.

Cóż było robić. Postanowiliśmy to spojrzenie odwzajemnić i na pierwszy cel wybraliśmy właśnie Nishi-Eifukuchō.

Nishi- Eifukuchō to ni mniej, ni więcej zachodnie Eifukuchō, czyli zachodnia część jednej z sypialnianych dzielnic Suginami. Nazwa Eifukucho oznacza z grubsza „miasto wiecznej pomyślności”, więc komu nie chciałoby się tu mieszkać, choćby na zachodnich jego obrzeżach?

 

Wczesnym wieczorem wcieliliśmy nasz plan w życie. Ostatnio na FB pisałam o swoich przygotowaniach do tsuyu – piątej, deszczowej pory roku wypadającej w Tokio w czerwcu oraz lipcu. Zapowiadało się naprawdę mokro i ponuro, a tymczasem po pierwszych chmurach i ulewach przyszło piękne słońce i jak na razie jest go zdecydowanie więcej, niż deszczu. Jedynym wyraźnym sygnałem przypominającym o tsuyu są cudnie kwitnące hortensje.

Pogoda udała się więc nam wyśmienicie: było ciepło, przyjemnie, a na dodatek zastał nas bajeczny zachód słońca, mieniący się złotem, odcieniami różu i fioletu.

Pierwsze kroki skierowaliśmy rzecz jasna do cukierni. Podchodzimy, patrzymy – a tu pech! Zamknięte. Tokio z jednej strony może kojarzyć się z ogromną ilością sklepów oraz centrów handlowych otwartych 7 dni w tygodniu, ale wiele lokalnych biznesów robi sobie wolne raz lub dwa razy w tygodniu. I nie ma tu za bardzo reguły – każdy dobiera sobie te dni według swojego uznania. Na przykład piekarnia w naszej okolicy ma wolne w poniedziałki i środy, a bentōya (sklepik z posiłkami w pudełkach na wynos, czyli bentō) we wtorki. Rzeczona cukiernia w czerwcu (!) wolne ma poniedziałki i do tego jeden wtorek. Oczywiście przypadający po poniedziałku, w którym postanowiliśmy ją odwiedzić.

Cóż było robić – obeszliśmy sąsiedztwo, bardzo podobne zresztą do naszego: dużo niskiej zabudowy, głównie domków jednorodzinnych i niewielka ilość sklepów oraz knajpek, skoncentrowanych głównie w pobliżu stacji.

Postanowiliśmy przejść na drugą stronę torów, gdzie widać było jasną aleję lamp – jeden ze znaków rozpoznawczych shōtengai, czyli handlowej ulicy, wzdłuż której ulokowane są wszelakiej maści biznesy – sklepiki, restauracje, czy punkty usługowe. Shōtengai to rzecz bardzo powszechna, można je spotkać niemal w każdym tokijskim (i nie tylko) sąsiedztwie, szczególnie jeśli znajduje się w nim stacja kolejowa. Jeśli więc zabłądzicie między osiedlowymi uliczkami i przyuważycie gdzieś łunę świateł z miejskich latarni – kierujcie się w ich stronę, najpewniej zaprowadzą Was właśnie na dworzec.

Tuż przed nami zamknęły się szlabany, więc przyszło nam chwilę poczekać. Chwila zamieniła się w dwie, potem trzy i wydłużała się dalej. Mimo, że stację obsługuje tylko jedna linia, akurat złożyło się tak, że w dość krótkim czasie przejeżdżały w obie strony i pociągi lokalne, i ekspresowe. Czyli łącznie 4 sztuki densha, z czego dwa lokalne musiały się w międzyczasie zatrzymać żeby wypuścić pasażerów. Trochę zniecierpliwiona rzuciłam mężowi, że w sumie to mogliśmy przejść górą, nad torami, przez budynek dworca. A on dwa dni później na wspomnienie sytuacji rzucił mi TO:

– Był niedawno ciekawy news, że wkurzony Japończyk odpiłował szlaban.

Oniemiałam. Że jak?! Ale rzeczywiście. Chwila Googlania i oto jest: 13 kwietnia, Chiba, okolice Funabashi, mniej więcej 7 rano. Mieszkaniec wkurzony czekaniem w korku spowodowanym zamkniętym szlabanem wyjął z samochodu piłę (pracuje w przemyśle blacharskim, co chyba uzasadnia posiadanie takowego ekwipunku w aucie), odpiłował oba szlabany i jak gdyby nigdy nic pojechał do pracy. Bo się spieszył.

Podobno cel uświęca środki, ale policja była innego zdania i aresztowała delikwenta, a szlabany szybko naprawiono. Wieść gminna niesie, że szlabany były zamknięte przez jakieś 30 minut z powodu wypadku na sąsiedniej stacji.

Odkąd przyszło nam mieszkać w Japonii, cenimy każdą minutę, gdyż w molochu jakim jest Tokio czas to niestety towar mocno deficytowy. Trochę rozumiem więc frustrację człowieka, który znalazł się w powyższej sytuacji, choć oczywiście jej rozwiązania nie szukałabym w użyciu piły.

Wracając jednak do shōtengai. Uliczka okazała się krótka i wiele miejsc przy niej było już zamkniętych. Rozglądaliśmy się za zamiennikiem dla wcześniejszej cukierni – jedno miejsce obudziło nasze nadzieje, ale po bliższej inspekcji okazało się, że z witryny kuszą nie wypieki, a krewetki w panierce. Pomyślność w Eifukuchō ewidentnie nas ominęła, więc odpuściliśmy i niespiesznie udaliśmy się do domu. Do przejścia mieliśmy jakieś 3 kilometry i zdążyło się już ściemnić na dobre.

Kawałek przeszliśmy wzdłuż głównej ulicy, ale przy najbliższej okazji skręciliśmy w alejki osiedlowe. Główny powód – dużo, DUŻO ciszej. Okazyjnie mijaliśmy mieszkańców wracających po pracy do domu, leniwym wzrokiem obrzucił nas patrolujący okolicę z przydomowego murku kot, tu i ówdzie przejeżdżali rowerzyści. Poza tym nie działo się absolutnie nic. Tak wygląda życie z dala od Shinjuku, Akihabary i innych znanych tokijskich dzielnic.

Przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie zjeść kolacji gdzieś po drodze, ale mijaliśmy głównie winiarnie – w całej okolicy jest ich naprawdę sporo! – i ostatecznie zaszliśmy tylko do niewielkiego supermarketu, gdzie zaskoczył nas brak możliwości płatności kartą – choć „zaskoczył” to nie najlepsze słowo: gotówkę w portfelu mamy niemal zawsze. Obecność terminali w sklepach i restauracjach to w Japonii po prostu nic pewnego, ale testujemy tę możliwość, gdyż częste wybieranie gotówki to dla nas trochę meiwaku – upierdliwość 😉

Ostatnią rzeczą, jaka została nam do zrobienia tego wieczoru to zakup pieczywa. Kto miał okazję odwiedzić Japonię, z pewnością zauważył, że piekarnie to całkiem popularny biznes i nowe otwierają się jak grzyby po deszczu. A kto nie daj Boże miał ochotę na chleb zbliżony smakiem do polskiego – przeżył zapewne wiele rozczarowań, gdyż na półkach króluje tu tak zwany shokupan, nazywany przeze mnie watą uformowaną w sześcian tudzież prostopadłościan. Szukanie „europejskiego” chleba, szczególnie takiego na zakwasie, jest więc trochę jak szukanie świętego graala czy kwiatu paproci, ale wątek wypieków rozwinę kiedyś w osobnym wpisie. Co kto lubi, niemniej my akurat shokupan unikamy jak ognia. Jedyna czynna piekarnia miała nam do zaoferowania osamotnioną połówkę chleba nie będącego ani shokupanem ani tym, co lubimy najbardziej, lecz z braku opcji przytuliliśmy ten egzemplarz i wróciliśmy do domu.

Jeszcze nie zdecydowaliśmy gdzie pójdziemy następnym razem, ale postanowiłam dziś zrobić mężowi niespodziankę i jeszcze raz zajechałam do Nishi-Eifukuchō: w końcu dziś środa, więc cukiernia powinna być otwarta i szeroko patrzeć na swoich klientów, a ja bardzo chciałam zrozumieć co ten wzrok oznacza. Efekty poniżej – mam nadzieję, że spodobają się ślubnemu 🙂

 

P.S. Ten wpis jest w swoich założeniach inny niż dotychczasowe teksty z bloga. Jestem bardzo ciekawa czy przypadł Wam do gustu i czy tworzyć kolejne teksty tego typu? 🙂 Dajcie znać!

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się z innymi!

Źródła: 

Dla zainteresowanych filmik z piłowaniem szlabanu znajduje się tu, a bodajże jedyne zachowane artykuły (z wielu stron tekst o krewkim pracowniku został już zdjęty) tu i tu.

Zobacz również:

4 myśli na temat “Wędrówki po Suginami: wieczór w Nishi-Eifukuchō

  1. Jasne, że przypadł do gustu! Z przyjemnością przeniosłam się na tokijskie ulice razem z Wami. Też lubiliśmy takie spacery po bliższej lub dalszej okolicy. Każda pora roku kryje inne niespodzianki. Fajnie poczytać o Waszych odkryciach i poczuć tę codzienność. Te świąteczne choinki to jeszcze w czerwcu szaleją?

    1. Tak, w czerwcu! Sama byłam tym zaskoczona – szczególnie, że podobne widzieliśmy jeszcze w kilku miejscach w okolicy. Może mają święta w głowach i sercach przez cały rok;) Ale podejrzewam, że traktują to po prostu jak ciekawą dekorację, bez takich zimowo-świątecznych skojarzeń, jakie mamy my.

  2. Shokupan pieczony własnoręcznie jest o niebo lepszy! A jest to bajecznie prosta sprawa jeśli ma się urządzenie zwane home bakery, wystarczy wrzucić do niego składniki, ustawić właściwy program i nacisnąć guzik – poziom trudności suihanki. 🙂 A internet obfituje w przepisy, mój faworyt to shokupan na bazie amazake.
    Chętnie przeczytałabym wpis na temat pieczywa! 🙂

    1. Nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować! 🙂 Dziękuję za komentarz i postaram się, aby wpis na temat pieczywa “wjechał” w niezbyt odległym terminie.
      A amazake… uwielbiam!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.