Tokijski spacerownik: Den-en-chōfu (田園調布) – japońskie garden city

Pomysł, żeby przyjechać do Den-en-chōfu wyszedł od mojego męża, który rzucił: zobaczmy, jak wygląda idea miasta ogrodu (garden city) w Tokio. Po ponad roku spędzonym w Singapurze, który dla mnie zdecydowanie zasługuje na takie miano, poczułam się co najmniej zaintrygowana. A jako, że po przeprowadzce do Setagaya Den-en-chōfu stało się na wyciągnięcie ręki (i nogi ;)), wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy zaspokajać ciekawość.

Do Den-en-chōfu turyści przybywają rzadko, bo nie ma tu niczego, co można by określić mianem standardowej atrakcji. Żadnego słynnego budynku, krajobrazu, restauracji, parku rozrywki, świątyni czy muzeum.

A jednak jest to miejsce, o którym warto napisać parę słów, ponieważ mimo tych „braków”, w skali Tokio Den-en-chōfu nadal jest na swój sposób wyjątkowe i niepowtarzalne. I ma do zaoferowania coś, czego nie ma chyba żadne inne tokijskie sąsiedztwo.

Kombinacja prestiżu, ekskluzywności, prywatności oraz europejskich założeń urbanizacyjnych stawiają je w zupełnie odrębnej lidze enklaw zamożnych mieszkańców Japonii.

Den-en-chōfu: gdzie to jest?

Zacznijmy od nawigacji w terenie 🙂 Formalnie Den-en-chōfu jest częścią Ota-ku, czyli wchodzi w skład 23 okręgów centralnych Tokio. Znajduje się w najbardziej południowej jego części, nieopodal rzeki Tama, za którą rozpościera się już Kawasaki.

Można tu dojechać liniami Tokyu Toyoko Line i Tokyu Meguro Line, wysiadając na stacji o nazwie Den-en-chōfu 😉 Choć przybyliśmy tu rowerami, parkować przyszło nam je właśnie koło dworca, ponieważ w okolicy nie znaleźliśmy żadnego innego parkingu. Co – jak sądzę – ma związek z tym, jak zabudowana jest ta dzielnica, więc przejdźmy do konkretów.

Jak powstało Den-en-chōfu?

Historia Den-en-chōfu zaczęła się u progu XX wieku i żeby ją napisać, należy wspomnieć dwie ważne osobistości.

Pierwsza z nich to Ebenezer Howard, angielski urbanista i autor koncepcji garden cities (miast-ogrodów). Miały one stanowić przeciwwagę wobec przeludnionych, zanieczyszczonych miast będących pokłosiem wartkiej industrializacji.

Były to oddalone od wielkomiejskich centrów samowystarczalne osiedla charakteryzujące się dużym udziałem terenów zielonych. Dbano w nich o równowagę pomiędzy różnymi typami zabudowy: mieszkaniową, usługową czy przemysłową (choć wyczytałam też, że miasta-ogrody miały stanowić odskocznię od terenów przemysłowych).

Plan urbanistyczny opierał się o kształt okręgu, a w zasadzie – okręgów, ponieważ w swojej najbardziej idealistycznej wizji zakładał, że nowe miasta-ogrody będą budowane gdy poprzednie osiągną maksymalną populację 32 tys. osób. 

Druga to Eiichi Shibusawa nazywany „ojcem japońskiego kapitalizmu”. Urodzony jako syn rolnika, z czasem dorobił się olbrzymiego majątku. Mając 27 lat udał się w podróż do Europy, z której powrócił z przekonaniem o konieczności dokonania w Japonii reform ekonomicznych i na tym zbudował swoją pozycję.

Założył pierwszy japoński bank, japońską Izbę Przemysłu i Handlu, pracował również w Ministerstwie Finansów. Den-en-chōfu to jego projekt na emeryturę. Korporacja, której przewodził, stopniowo wykupiła tamtejsze ziemie, aby w 1921 r. zacząć na nich wcielać koncepcję garden city Ebenezera Howarda.

W tym celu Shibusawa podróżował po garden cities, jakie zdążyły już powstać na tzw. Zachodzie, szukając inspiracji na uzyskanie równowagi pomiędzy atmosferą wielkiego miasta oraz wsi. Odwiedził m.in. angielskie Letchworth w hrabstwie Hertfordshire – pierwszą realizację tej koncepcji na świecie – ale największe wrażenie zrobił na nim St. Francis Wood w San Francisco z uwagi na [1]

 

dziką surowość z okazałymi drzewami i licznymi kwiatami, jak również koncentryczny plan dróg, jak wokół Łuku Triumfalnego w Paryżu

Shibusawa Eiichi o St. Francis Wood w San Francisco

Spacer po Den-en-chōfu 

Jeśli dojedziemy do Den-en-chōfu pociągiem, po wyjściu ze stacji przywita nas budynek zupełnie inny od i tak zróżnicowanej przecież tokijskiej architektury. Wyglądem może sugerować, że nagle przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni gdzieś do Europy. To rekonstrukcja oryginalnego dworca otwartego w 1923 roku i zaprojektowanego przez Kintaro Yabe, architekta, którego udziałem stał się m.in. plan Meiji Jingu Gaien, i któremu Shibusawa powierzył stworzenie planu całego Den-en-chōfu.

Przed stacją znajduje się również niewielki, pół-okrągły plac z ławkami i stawem. Wychodzące z niego promieniście ulice są połączone w poprzek siatką kolejnych dróg, tworząc charakterystyczny i bardzo unikalny dla samego Tokio plan opierający się o kształt koła, a w zasadzie – półkola. To zachodnia część Den-en-chōfu, jaka w założeniach Shibusawy i Yabe miała mieć charakter mieszkalny, w przeciwieństwie do wschodniej o charakterze handlowo-usługowym.

Co ciekawe, o ile w koncepcji Howarda stacja kolejowa miała znajdować się na obrzeżach garden city, o tyle w Den-en-chōfu jest ona sercem osiedla. Jego idea była więc dla Shibusawy raczej inspiracją niż zestawem sztywnych reguł, którym trzeba się podporządkować.

W trakcie spaceru skupiliśmy się właśnie na części zachodniej. Zdecydowanie zachowała ona swój mieszkalny charakter i widać, że jest to dzielnica ekskluzywna. Tutejsze domy należałoby raczej określić mianem posiadłości, ponieważ mają metraż, o jaki trudno dziś w innych częściach miasta – korporacja Shibusawy sprzedawała działki liczące od 330 do ponad 1600 m2. Dawniej ich nabywcami była tzw. klasa średnia.

Den-en-chōfu już na samym początku swojego istnienia stało się pożądaną lokalizacją, ponieważ nie dotknęły jej katastrofalne skutki trzęsienia ziemi z 1923 roku[2]. Niestety z czasem wartość tych parceli wzrosła do poziomu przekraczającego możliwości przeciętnego Tanaki[3] i, jak wskazuje w swoim tekście Oshima, trudno było je nawet przekazać w spadku, ponieważ wiązałoby się to z koniecznością zapłacenia wyjątkowo wysokich podatków. Część właścicieli zaczęła swoje działki dzielić na mniejsze, przez co nie do końca udało się zachować oryginalny charakter niezbyt gęstej zabudowy. Nadal jednak poczucie przestrzeni jest tu, moim zdaniem, sporo większe niż w typowych osiedlach domków poprzecinanych uliczkami, na których ledwo mieści się jeden samochód.

Tutejszymi ulicami od czasu do czasu mknęły autobusy, a poza nimi – drogie, luksusowe samochody oraz wiele, wiele eleganckich, czarnych taksówek. Wraz z powierzchnią działek i rozwiązaniami architektonicznymi składają się one na obraz miejsca, które pod względem majętności lokatorów rzeczywiście wymknęło się z oryginalnych założeń Howarda (i które nota bene tak urzekły samego Shibusawę) dotyczących dostępności dla klasy średniej .

Kto zatem mieszka w tych posiadłościach? Śmietanka świata (show)biznesu, sportu, sztuki i polityki. Japońska Wikipedia wśród obecnych rezydentów wymienia m.in. następujące osobistości:

  • Shintarō Ishihara, były gubernator Tokio
  • Yukio Hatoyama, były premier Japonii
  • Hiromichi Toriba, założyciel kawiarnianej sieciówki Doutor Coffee
  • Michie Koyama, pianistka, laureatka IV nagrody na XI Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina

Na tutejszych ulicach nie spotkałam zbyt wielu spacerowiczów, lecz mimo to miałam nieodparte wrażenie, że jestem bacznie obserwowana. Liczba kamer spoglądających na mnie z budynków oraz ogrodzeń przypomniała mi nieco Singapur i zasugerowała, że tutejsi mieszkańcy cenią sobie prywatność nieco bardziej niż przeciętni tokijczycy. To ostatnie poczucie wzmogły też wyjątkowo wysokie ogrodzenia i żywopłoty – za niektórymi trudno było zobaczyć choćby fragment domu. Zdjęcia starałam się robić oczywiście możliwie dyskretnie i skupiłam się wyłącznie na elewacjach swobodnie widocznych z ulicy oraz przestrzeniach publicznych. Przyznaję, że zrobiłam jeden wyjątek – poniżej jego historia, a później zdjęcie 😉

W pewnym momencie usłyszałam radosne rżenie. Przemieściłam się w jego kierunku zakładając, że dochodzi z ustawionej na ulicy przyczepy. Przyczepa była pusta. Nagle rżenie rozległo się ponownie, niemal tuż przy moim uchu. Niepewna tego czy aby na pewno dobrze słyszę, zrobiłam dwa kroki w tył. Patrzę – za ogrodzeniem stoi duży, kudłaty, brązowy pie… Koń. Mini koń. Kucyk, znaczy się 🙂 Za koszem ustawiona była platforma, którą chyba wchodził do domu. Wiele już widziałam, jeśli chodzi o zwierzaki trzymane w Tokio ale domowego kucyka po raz pierwszy!

Co z tą zielenią? 

Koncepcja garden city zakładała – zgodnie z nazwą – liczny udział terenów zielonych, więc to ich wypatrywałam najbardziej. Wizytówką zachodniej części Den-en-chōfu są przepiękne miłorzęby dwuklapowe, posadzone po obu stronach ulic prowadzących do stacji. Kiedy przyszłam tu pierwszy raz, wczesną wiosną, drzewa nie miały jeszcze liści, więc żeby poczuć różnicę wróciłam w te rejony latem.

Kto spacerował kiedyś tokijskimi zakamarkami, z pewnością naliczył więcej słupów elektrycznych niż przydrożnych drzew 😉 W pewnym sensie jest to więc doświadczenie unikalne.

W obrębie dzielnicy (mam na myśli fragment z koncentrycznym planem dróg) trafiłam na jeden park – hōrai kōen, od którego nazwę zaczerpnęła biegnąca przy nim ulica. Przy stawie swoje skorupy do pochmurnego nieba wystawiało stadko żółwi.

Z kolei niewielki kawałek dalej znajduje się obiekt (widoczny raczej wyłącznie po przeczytaniu oznaczeń), który powinien zainteresować antropologiczne, historyczne i archeologiczne dusze, a mianowicie: grobowiec kofun (Hōrai-san). Za nim rozciąga się natomiast bardzo przyjemny park o nazwie Tamagawadai, biegnący wzdłuż brzegu rzeki Tama, a w nim – kolejny kurhan, Kamenokoyama. Na brzegu rzeki Tama zbudowano sporo takich grobowców, jest to więc teren będący przedmiotem sporego zainteresowania archeologów.

W telegraficznym skrócie: kofun to kurhany, jakie budowano na terenie Japonii między III a VIII wiekiem n.e. Okres historyczny kofun (IV-VI w.) wziął swoją nazwę właśnie od nich. W takich kurhanach chowano władców oraz wpływowych ludzi – do dziś w Japonii zidentyfikowano ich ponad 160 tysięcy (!). Kres ich usypywaniu położyło nadejście buddyzmu i nowych rytuałów pogrzebowych. We wspomnianym parku znajduje się niewielki budynek, a w nim – ekspozycja poświęcona kurhanom, na których utworzono park Tamagawadai, wraz z rekonstrukcją grobowca. Warto tam zajrzeć, wstęp jest bezpłatny 🙂

Miejsce nazywa się Tamagawadai Park Kofun Exhibition Hall, jap. 多摩川台公園古墳展示室. Stety-niestety cała mądrość zawarta w tej ekspozycji dostępna jest wyłącznie w języku japońskim.

W południowym krańcu parku znajduje się bardzo ładny chram shintō, Tamagawa Sengen-jinja, do którego przylega taras widokowy. Historia chramu sięga 800 lat wstecz. Cześć oddaje się tu Konohanasakuya-hime, której symbolem są kwiaty sakury. Poślubiona wnukowi bogini Amaterasu, Ninigi, urodziła mu trzech synów. Jej pierwsza ciąża wzbudziła wątpliwości Ninigiego dotyczące ojcostwa, więc aby udowodnić mu, że się w tych oskarżeniach myli, w trakcie porodu zamknęła się w pomieszczeniu bez okien i drzwi (!) i podpaliła je wierząc, że płomienie nie zrobią krzywdy dziecku Ninigiego. Rzeczywiście, zarówno dziecko jak i mama wyszli z tego bez szwanku, a Ninigiemu nie przyszło więcej do głowy wątpić w swoją małżonkę.

Konohanasakuya-hime znana jest dziś jako patronka rodzinnego szczęścia oraz łatwych porodów, zapewnia również ochronę przed ogniem. To jej poświęcone są świątynie na górze Fuji, którą nota bene przy dobrych warunkach pogodowych widać z tutejszego tarasu widokowego.

Różowa grafika przedstawiająca mamę z bobaskiem widoczna na jednej z tabliczek ema na powyższym zdjęciu, to oficjalny znak wprowadzony w 2006 r. przez japońskie ministerstwo zdrowia. Ma on informować, że nosząca go kobieta spodziewa się dziecka, co przydaje się np. w pociągach kiedy chce się skorzystać z priorytetowych siedzeń (liczba osób, które takie miejsca zwalniają to jednak temat na inną dyskusję). Ja swoje zawieszki dostałam przy okazji informowania o ciąży w urzędzie miasta, można je także otrzymać na stacjach kolejowych. Pamiętam, że jedna trafiła mi się także w pakiecie, jaki dostałam w zamian za założenie karty klienta w Akachan Honpo (to sieć dużych sklepów z artykułami dla dzieci).

Wykorzystanie tej grafiki na tabliczkach ema dość dobrze ilustruje intencje, z jakimi można się tu przyjść pomodlić 🙂

Wizerunek Godzilli na automacie z napojami powyżej to nie przypadek. Podobno to tu kręcono sceny jednego z filmów z serii. Ja akurat nie jestem fanką ale może ktoś oglądał i rozpoznaje? 🙂

Spacer po Den-en-chōfu zakończyliśmy kilkaset metrów od Tamagawa Sengen-jinja, w miejscu o nazwie Sakura-zaka (sakurowe wzgórze). Nazwa mówi sama za siebie, więc zostawiam Was z kilkoma ujęciami pięknych kwiatów i zapraszam do dalszych, wspólnych spacerów po Tokio! 😊

 

Dajcie proszę znać, czy spodobała się Wam ta dzielnica. Spełnia Wasze wyobrażenie miasta-ogrodu?

Źródła, przypisy i dodatkowe lektury:


[1] Niniejszy cytat, jak i większość szczegółów dotyczących historii i procesu powstawania Den-en-chōfu zaczerpnęłam z poniższego, bardzo wartościowego artykułu:

Oshima, K. T. (1996). Denenchōfu: Building the Garden City in Japan. Journal of the Society of Architectural Historians, 55(2), 140–151. https://doi.org/10.2307/991116

[2] Zabiło ono ponad 100 000 osób.

Spodobał Ci się ten wpis? Podziel się z innymi! 

Zobacz również:

Jedna myśl na temat “Tokijski spacerownik: Den-en-chōfu (田園調布) – japońskie garden city

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.